środa, 17 sierpnia 2011

Stolica Berlin (cz. II)

Zresztą, tu niedaleko Bernauer Straße, swoje przemówienie wygłaszał Kennedy. Mur wtedy już stał, obywatele niemieccy cierpieli, rozdzieleni rodzinami. Do dziś wśród Niemców przewija się anegdotka o wypowiedzianych wtedy przez prezydenta USA słowach:
- Ich bin ein Berliner!
Co niektórzy żartobliwie tłumaczą:
- Jestem pączkiem!
Choć Kennedy chciał wyrazić solidarność z narodem niemieckim, w germańskim języku „Berliner” to nie tylko „berlińczyk”, ale także „pączek”, dlatego dziś historyjka ta nabiera znaczenia żartobliwego. Pączki też są trochę typisch deutsch, choć… czy dorównują polskiemu Panu Blikle? Kwestia gustu ;)

Marzena, Rafał i Olga spojrzeli na ulicę, wzdłuż której ciągnął się Mur Berliński. Na początku znajdują się metalowe konstrukcje, pręty, na których osadzone były betonowe bloki. Szli, wyobrażając sobie, jak tragiczne musiało być to uczucie, mieć tuż za murem rodzinę, przyjaciółkę, ukochanego i… nie móc podać im ręki, dotknąć. Móc tylko pomachać. 

Olga czytała niegdyś „Słoneczną aleję” Thomasa Brussinga, na podstawie której nakręcono też film. To pełna nostalgii i humoru opowieść o dojrzewaniu grupy przyjaciół, którzy mieszkają tuż przy murze dzielącym Berlin. Powieść pokazuje, że nad codziennością trudnego życia w NRD także czasem świeciło słońce, możliwy był humor i dystans do rzeczywistości. Mimo wszystko – bolesna groteska. Książka godna polecenia.

Po przejściu kilku tuzinów kroków, metalowe pręty zmieniły się w jedyny tak długi, oryginalnie zachowany kawałek muru miasta. Szare płyty, strefa obserwacji, wieża wartownicza, tzw. pas śmierci. Ciekawe, jak dziś ci ludzie, tutaj mieszkający, czują się wyglądając przez okno na kawałek bolesnej historii? 1961.
Przyjaciele obeszli miejsce pamięci ofiar muru, obejrzeli odstawione na bok betonowe kawałki Berliner Mauer, odetchnęli chwilą.

Późnym popołudniem, w zbliżającym się ku horyzontowi słońcu, znaleźli się przy Bramie Brandenburskiej.
- Mam pomysł na pocztówkę! – krzyknęła Olga, wyjmując z plecaka kartkę.
Napisała na niej czarnymi, drukowanymi literami „Liebe Grüße”. Marzena starannie poprawiła literki, by było je widać na fotografii.
- Rafał, rób zdjęcie!
Dwie uśmiechnięte, dziewczęce twarze wystawiły się do obiektywu.

Ostatni dzień wzbudzał w nich markotność, polubili Berlin. Choć wciąż zadziwiał – więcej tu imigrantów niż rodzimych Berlińczyków, trudno było połapać się w mapie U-Bahnu z S-Bahnem, sklepikarze zwodzili turystów sprzedając niby resztki muru jako pamiątki, a w okna biur poselskich Bundestagu można było zapukać z ulicy i przyglądać się negocjacjom lub (nie)pracującym posłom.

Choć ostatni dzień ubogi był w czas, a pociąg do Warszawy odjeżdżał po 14.00, Rafał z Marzeną uparli się na wczesny obiad w rybnej, popularnej w Niemczech (i nie tylko) restauracji Nordsee. Norweskie przysmaki można było tu zjeść w każdej formie – łosoś, panga, pstrąg w panierce, saute, grillowany, sos, cytryna, warzywa, pięć rodzajów dodatków. Magia podniebienia. Wobec tego po 11.00 usiedli przy talerzach, napawając się widokiem wieży telewizyjnej.
- Marzena, ale dziś jest fajnie, nie trzeba dawać napiwków! – śmiała się do koleżanki Olga.
Raz w restauracji, gdzie jedli obiad, Marzena obdarzyła rozbawionego kelnera 20 Centami napiwku, skrupulatnie przeliczając potem pieniądze przy Oldze. Potem było śmiechu po pachy, ach, my Polacy, jakże jesteśmy oszczędni :D 
Marzena wcale nie obrażała się za beztroskie żarty tłumacząc, że gdy jest w knajpie, zawsze kto inny płaci. Ha, światowa kobieta, pewnie jest wszędzie zapraszana przez przystojnych, majętnych facetów!
Ale wtedy Marzena powiedziała też coś znaczącego, ponieważ Olga zwróciła uwagę, że kumpela uważnie się rozgląda.
- Wiesz, dziś wyjeżdżamy, staram się zapamiętać te chwile, napawać się ostatni raz. Chcę złapać każdy szczegół, mieć potem co wspominać.
Miała niesamowitą, banalną rację.   

W pociągowym przedziale siedzieli oni troje i reszta. Największe zainteresowanie trójki zwrócili dwaj, raczej młodzi, przepełnieni pasją mężczyźni. Ich długie, pełne wybitnej treści piłkarskie rozmowy, koszulka jednego z nich oraz chmielowy eter przedziału sprawiały, że wszystkim udzielała się ta kibicowska atmosfera. Najlepiej zilustrować to zdjęciem, bez zbędnych słów.

niedziela, 14 sierpnia 2011

Hauptstadt Berlin (cz. I).

Na peronie dogonił Olgę Rafał, kolega z podstawówki, wieki się nie widzieli. W trzeciej klasie byli nawet małżeństwem, strasznie go wtedy skrzyczała za nazbyt tandetny pierścionek z żółtym oczkiem z automatu. Tak, kobiety od najmłodszych lat są wymagające. Teraz w podmiejskiej SKM-ce gadali o życiu.
- Olga, wykorzystałbym chętnie twoją znajomość języka niemieckiego. Co byś powiedziała na wyskoczenie na parę dni do Berlina?
-Hm… Czemu nie. Rozmawiałyśmy z koleżanką nad jakimś niemieckim miastem, jak się obronimy. Bo ona także pisze licencjat i magisterkę razem. Jak zasłużymy, to się odezwę.

Pociąg Berlin-Warszawa-Express mknął przez pola, łąki, Poznań i Rzepin, Frankfurt nad Odrą, by potem osiągnąć Berlin.
- Ojczyzna! – krzyknęła Olga w duszy i ucieszyła się na dworcu Berlin Hauptbahnhof. Za nią z pociągu z walizką wyszedł Rafał, pomagając Marzenie nieść torbę. No, pięć dni na stolicę Niemiec – czas start.

Przestronny pokój z piętrowym łóżkiem w hostelu w dzielnicy Schönberg miał tylko jeden minus. Ostatnie piętro i niezliczoną ilość schodów.
- Śpię na górze, mogę?! – krzyknęła Olga jak mała dziewczynka.
Zostawili bagaże i poszli w miasto.

- Patrzcie, Reichstag! – wysiedli na jednym z przystanków autobusu M85., podekscytowani jazdą na górze niczym w Londynie – Rafał, wyciągaj aparat!
Na dachu budynku powiewała niemiecka flaga, na fasadzie widniał napis: ludowi niemieckiemu. Piękna kopuła parlamentu zaopatrzona w taras widokowy zrobiła na nich wszystkich wrażenie.
- O, tabliczka z metrem! – rzekła Olga, widząc wejście w podziemia. – Mogę zabrać? Powieszę na ścianie w domu! – podekscytowała się.
Rafał cyknął zdjęcie.
- Ty to nie możesz mieć normalnych zdjęć, prawda? – skomentowała przyjaźnie Marzena.

Dotarli pod niewiarygodną Bramę Brandenburską.
- Wiecie z czym mi się ona kojarzy? Z dziennikarzem TVP, Marcinem Antosiewiczem, korespondentem w Berlinie. Ostatnio stał oblany słońcem pod bramą, opowiadając o niezliczonych plażowych barach nad Szprewą w tym mieście. Różowa koszula, zakasane rękawy, pełny luz!
- Ach, kojarzę – szepnęła Marzena.


Odwiedzili Humboldta, znaleźli się pod Katedrą Berlińską.
-Wow… Jaka wielka. Taka brudna – szepnął Rafał.
- Podobna do tej w Dreźnie, tamta jest jednak odnowiona i oczyszczona, z jasnego kamienia… Ale chyba jeszcze większa – dodała Olga.

Po pierwszej nocy na piętrowym łóżku, które przypomniało jej pobyt w Hamburgu (wtedy też spała na górze, było widać przepiękny port hanzeatycki) po obfitym hostelowym śniadaniu wyruszyli w miasto. Dziewczyny wtedy jeszcze nie przypuszczały, że Rafał to taki piechur i że… nigdy nie bolą go nogi. Respekt! Przystankiem pierwszym był Pomnik Ofiar Holocaustu, czyli masa betonowych bloczków wyższych i niższych, będących upamiętnieniem żydowskich ofiar. Kontrowersyjne jest, że po nich biegają i skaczą dzieciaki, siadają turyści i zatrzymują się z grupami przewodnicy. Podobno samo powstanie pomnika poprzedzone było niemałymi wątpliwościami…


Jednym z ciekawszych przystanków było DDR-Museum, czyli muzeum NRD. To tutaj Marzena siadła za kierownicą trabanta, Rafał założył hełm niemiecki, a Olga rozłożyła się na więziennej pryczy.
- Olga, patrz jaki pokój z NRD! – śmiał się Rafał. – Niemcy przychodzą tu, oglądają to pomieszczenie z czasów socjalistycznych i uważają to za zabytek i przeżytek, a u nas jeszcze wiele mieszkań tak wygląda – skomentował, gdy usiedli z Olgą na wyleniałej kanapie, a ona podniosła staromodny telefon do ucha, w którym leciał głos jakiegoś Hansa.
- Zrobić państwu razem zdjęcie? – zapytała po niemiecku jakaś miła pani.
- A, tak, poprosimy.
Pstryk!

Po muzeum pobiegli pod wieżę telewizyjną (Fernsehturm), w końcu to niedaleko. Kolejka wiła się przed wejściem, ale stali wytrwale. Kupili bilety, mieli jakieś 1,5 godziny czasu, bo tyle trzeba było czekać na swoją kolej. Mieli dostać dokładną godzinę wejścia SMS-em.
- Idziemy coś zjeść? – rzucił ktoś z trójki.
- Pewnie!
Minęła trochę czasu, zanim znaleźli knajpkę. Pizzeria Romantica niedaleko galerii Kaufhof wydawała się odpowiednia. Wybrali coś z karty, a chwilę po złożeniu zamówienia… przyszedł SMS, że wejście za 30 minut!
- O, kurka! I jak my teraz zdążymy? – martwiła się Marzena.
- Damy rady, umiem szybko jeść – odparł Rafał.
Przyszły ich dania, bezczelnie od razu poprosili rachunek.
Niam, gryz, dziam dziam, muszą iść. Szybko! Dojadając ostatni kęs, dosuwali krzesło. Rodzina z boku spoglądała się, jakby wybiegali bez zapłacenia rachunku, pochłonąwszy wszystko. Biedne dzieci z Polski ;) Biegli przez ulicę, raz dwa i byli pod wieżą. Udało się! Za chwilę widna sunęła do góry.
- O, wow… Ale widok! – zaparło im dech w piersiach.
Tu Szprewa, tam Brama, tu Kolumna Zwycięstwa.
- Patrzcie na trawnik! – wskazała Olga, pokazując na wycięte kosiarką w wielkim połciu trawy serce. – Niesamowite!

Na dole odetchnęli.
- Jej, trochę wysoka ta wieża… Coś tam buczy, harczy, trochę tak niespokojnie… - szepnął Rafał.
- To mam za to propozycję! Chodźmy na stateczek, przepłyniemy się! – krzyknęła radośnie marzenia. Pozostałej dwójce udzielił się jej entuzjazm i wylądowali za chwilkę na statku, na Szprewie.
- Ja wam nie mówiłem, ale mam chorobę morską… - szepnął Rafał.
- Co?!
- Ale tu chyba nie będzie bardzo bujać, to tylko miejska rzeka…
Ruszyli. Przewodnik w dwóch językach – niemieckim (dla Olgi) i angielskim (dla Marzeny i Rafała) opowiadała o mijanych zabytkach i ciekawostkach. Tu Domu Kultur Świata, tam widać dworzec, tu Wyspa Muzeów, a tam… pływająca po rzece reklama kasyna! Dziewczyny przyglądały się dwóm przystojniakom w eleganckich ubiorach za ruletką na małej barce. To jest dobry marketing!
Rafał lekko zielony, czasem fioletowawy, pod koniec zamglony, przetrwał dzielnie i porobił sporo zdjęć.  Dzielny chłopak!
Po długich bojach z orientacją w liniach metra (ach, to Stadtoreintierung!) znaleźli połączenie do Eisenacher Straße. Przybili do hostelu, zmęczeni, zadwoleni, za chwilę wtuleni w poduszki. Ktoś chrapał?

Kolejny dzień zaczęli od wcielenia się w dzieci z Dworca ZOO. To miejsce, gdzie toczy się akcja powieści  o Christiane Verze Felscherinow , byłej narkomance z Berlina Zachodniego, „My, dzieci z Dworca Zoo”. Wydarzenia miały miejsce w latach 1975-1977, podczas narastającej fali narkomanii wśród młodzieży w wieku ok. 13 lat w Berlinie Zachodnim, natomiast odwiedzony Dworzec Zoo to miejsce gdzie Christiane i wiele osób z jej otoczenia oczekiwało na "klientów". Prostytucja była dla tych młodych ludzi podstawowym sposobem zdobywania środków na codzienną dawkę narkotyku. Dworzec stanowił też miejsce spotkań i wymiany działek heroiny.

Zaraz przy dworcu znaleźli miejsce do innego Zoo – ogrodu zoologicznego.
- Idziemy! – kupili bilety i weszli do środka. Piękne berlińskie zoo zachwyciło każdego z trójki. Marzena podekscytowana małpkami, obserwowała biegające gibony, Rafał i Olga udali się do drapieżników. Zafascynowała ich też prezentująca się niczym na wybiegu panda.


Spacerem ruszyliśmy pod Siegessäule – Kolumnę Zwycięstwa w parku Tierpark. Złoty posąg połyskiwał już z daleka. Podziemnym przejściem przeszliśmy do znajdującego się na środku skrzyżowania monumentu, a po wąskich, krętych schodach wdrapaliśmy się na szczyt. Zadyszka i… jaki widok! Z jednej strony Brama Brandenburska, wieża telewizyjna, rzeka i dworzec główny… Ach. Gdy twardo stanęliśmy na parterze, Marzenie przypomniało się, że w pobliżu jest pałac belwederski, gdzie czasami urzęduje niemiecki prezydent, Christian Wulff. Reprezentacyjny budynek z białego kamienia połyskiwał w słońcu.
Po obiedzie trafiliśmy do salonu mercedesa, zupełnie przypadkiem – idąc za tłumem przechodniów na Unter den Linden. Czerwone cacko cieszyło nasz oczy. Skręciliśmy we Friedrichstraβe, jedną z najbardziej reprezentatywnych ulic miasta. Sklepy, restauracje, kawiarnie, siedziby firm. Zanim doszliśmy do słynnego Checkpoint Charlie, gdzie znajdowała się granica stref radzieckiej i amerykańskiej dawnego, zimnowojennego Berlina, przechodząc obok płotu, skręciliśmy w jego wejście, długo się nie wahając, środku wielkiego, głośnego miasta, znaleźliśmy się nagle na plaży pełnej leżaków, miękkiego i jasnego piasku, prowizorycznych pomostów i pełnego orzeźwiających napojów baru.
- Zajmujemy leżaki! – krzyknęła Olga, a Marzena wypatrzyła wolny stolik.
Trzymając w ręku zroszone butelki picia, delektowaliśmy się hawajską chwilą. Marzena przymknęła oko…


Checkpoint Charlie to przez lata trzeci, główny punkt kontrolny aliantów z lat 1961-1990. Przejście to oddzielało Kreuzberg (zachodnią część muru) od Mitte (wschodniej części muru). Teraz znajduje się tu muzeum, tzw. Haus am Checkpointcharlie, dokumentujące historię punktu kontrolnego, próby ucieczki i czas zimnej wojny. Na zewnątrz znajduje się replika strażnicy amerykańskiej (pani z flagą słono liczy sobie za zdjęcie!) oraz kopia tablicy, niegdyś tu stojącej, a obwieszczającej opuszczenie sektora USA. Olga i Marzena weszły do muzeum, gdzie przestudiowały historię ucieczek ze Wschodu. Czego ludzie nie wymyślali! Od przefrunięć na robionych samodzielnie maszynach, przez podróż w kajaku, nurkowanie, a nawet jeden mężczyzna przebudował tak samochód, że jego żona służyła za… przednio fotel w aucie. Były tam resztki asfaltu z namalowaną linią graniczną i prawdziwa tablica.
 

Wieczorem Olga zaproponowała otwarcie niesamowitego, konsereskiego wina Le Filou. Ten francuski przysmak odkryła jeszcze w Leipzig, nigdy potem nie znalazła w Polsce, pomimo pilnych poszukiwań. W ten wieczór śmieli się, oglądali już zrobione zdjęcia, przez okno wpadał zapach współczesnego Berlina.


Następnym porankiem udali się prosto do Gemäldegalerie, gdzie chcieli znaleźć Botticellego, Bruegla, Rembrandta i Rubensa, trochę niderlandzkiego malarstwa, a nawet Caravaggia i Rembrandta. Trasa zwiedzania, dwukilometrowa z 72-ma korytarzami i salami byłą dla całej trójki niezłym wyzwaniem. Olgę zafascynował obraz Bruegla pt. Niderlandzkie przysłowia, na którym w postaci scenek malarz zmieścił ponad 100 holenderskich powiedzeń. Wszystkie z nich wyjaśnione były na planszy obok. Rafał, zafascynowany Wenus Botticellego, wyszedł z galerii ostatni.
- To co, jedziemy do muru? Wypadałoby! – rzuciła Olga, bo resztki prawdziwego muru berlińskiego bardzo ją pociągały.


piątek, 5 listopada 2010

Fußballspiel - grupa kibiców na balkonie :)




Nadszedł 27. czerwca. Po kliku pierwszych zwycięstwach niemieckiej drużyny, kibice z całych Niemiec oczekiwali kolejnych sukcesów. Nie ukrywajmy – ja też. Koleżanki zaprosiły mnie tego dnia na oglądanie meczu na słonecznym balkonie. W torebkę wzięłam żelki i suszone morele i pod fontanną w Clara-Zetkin-Park spotkałam się z moim kumpelkami z karate – Catherine i Pauline. Pierwsza – szalenie sympatyczna, lubiąca sport, pracująca w gazecie „Deutsch Perfekt” dla obcokrajowców uczących się języka niemieckiego, studentka, pisząca w tym roku magisterkę. Druga – zwariowana okularnica, zawsze pomocna i uśmiechnięta.


Rowerami zajechałyśmy pod wysoki budynek w nieznanej mi dotąd części Leipzig. WG fajne, dwupoziomowe, koedukacyjne. Przywitałam kulawym niemieckim nieznanych mi Niemców w kuchni.
- Chodź, Olga, balkon jest na górze – zabrała mnie na górę Pauline.
Zaraz miał zacząć się mecz.
Telewizor dziewczyny ustawiły na stole, na balkonie! Bardzo oryginalne. Jednak świecące słońce uniemożliwiało nam oglądanie i Cathie przyniosła ciemny parasol, którym odsłoniła odbiornik. Dziewczyńska kreatywność!
- Lepiej?
Siedliśmy na podłodze – na kocach, poduszkach, matach. Przychodzili nowi ludzie, aż zaczęło kończyć mi się miejsce w pamięci na zapamiętywanie nowych imion… Wcinaliśmy żelki, piliśmy wodę, piszczeliśmy.
- Jeeeest! Pierwszy goooool! – darliśmy się w niebogłosy, gdy Niemcy przeforsowali angielską obronę – Do boju, chłopaki!
Zaciskaliśmy szczęki i pięści. Dawać! Gola!
Żałowaliśmy, gdy zaprzepaścili szansę, cieszyliśmy się, gdy szło im dobrze.
- Jeszcze jeden! – śpiewaliśmy po niemiecku – Aaaaaa! Znów gooool!
Gra budziła wiele emocji.

WYGRALI !!!


Kibicowaliśmy go końca. Wyszłam zadowolona, po wygranej Niemiec! Rowerem jechałam przez miasto, wiatr rozwiewał mi włosy. Wszystkie samochody w mieście trąbiły, flagi wywiewały z okien aut, ludzie pozdrawiali się, cieszyli, krzyczeli. Machali mi, ja im, oni sobie, potem innym. Wszędzie czarno-czerwono-żółte barwy, woń zwycięstwa, radość i klaksowny. Pełne knajpy na ulicy Karl-Liebknecht, w  restauracyjno-pubowej dzielnicy Leipzig. Entuzjazm, korki, machanie flagami, palące słońce, wymalowane twarze.

Z Cathie :D
Stanęłam pomiędzy przecznicami. Oparłam głowę na kierownicy, wsłuchałam się w pęd chwil, które cieszyły mieszkańców miasta… I ja kiedyś grałam w nogę! To było w liceum. Pamiętam, jak wraz z kumpelą Sylwią, dziś szczęśliwą mężatką, molestowałyśmy naszego wuefistę (pana Grzegorza), byśmy mogły zagrać w gałę! Kochałyśmy kopać się po kostkach, ta gra nie była pokazowa. To nic – liczyła się przyjemność. Drybilng, zwód, goool! Od dziecka, gdy wszystkie koleżanki wyprowadziły się z piastowskiego podwórka, grywałam codziennie w nogę z kolegami. Wtedy schłopczałam, piłka była mi siostrą.
Nasza klasowa licealna drużyna najczęściej przegrywała w rozgrywkach, ale dla nas liczył się nie wynik, tylko flow. Kinga  zawsze celnie podawała, Ryba też starała się, jak mogła.

Przeżyłam raz niewyrażoną radość z prezentu, jaki sama sobie zrobiłam! Jak małolata spełniająca beztrosko kapryśną zachciankę, kupiłam sobie… korki. Do dziś w nich gram z Tatą na działce. Do tego ochraniacze i mistrzowskie getry. Czy Wy wiecie, ile radości i satysfakcji dają footbolowe buty? Mama też się cieszy, że spulchniam szpikulcami działkową ziemię. Z jednej z pierwszych lekcji WF-u, na której wykorzystałam moje „siedmiomilowe buty”, wracałam w nich do domu. Bo chciałam zaszpanować… Ludzie w pociągu patrzyli na mnie dziwnie, faceci jednoznacznie. Nigdy nie byłam normalna. Podaj mi tę piłkę!

I były też wiersze dla Luisa Figo… No, to proszę, tak dla ubawu!

„Boski”
(01.07.2004)

Od kiedy tańczył na boisku
nogami
potrafiły wszystko;
Od kiedy zwodził
biegł
wyprzedzał
Giętki jak nić Ariadny
mocny jak średniowieczny pancerz
Kryzys… lecz on zaradny!
Już krokiem przebił
wiatru posuw
do przodu gnał majestatycznie
nie wydobywając zmęczenia głosu
Piastował piłkę – dziecko swoje
jak ojciec nie wypuści z ramion
Talarska na działce w czasie treningu ;) To były czasy :P
a gdy był blisko – to podboje
tej murawy, porośniętej trawą
I z siły całej, nieodkrytej
Jednym ruchem piłkarskiego buta
Dośrodkowanie… !
A za chwilę
Harfa bramki golem przekłuta


I choć Niemcy mistrzostwa przegrali, atmosfera tych paru tygodni w Leipzig była niepowtarzalna. Na zajęciach szeptaliśmy sobie wyniki meczów, gdy odbywały się w czasie naszych zajęć. Spotykaliśmy się w pubach, malowaliśmy farbami, uczyliśmy na pamięć składu drużyny.


Dobra, idę po korki i na podwórko! Młodziaki jeszcze grają, dołączę.

czwartek, 4 listopada 2010

Jeszcze niedawno u Kaia na balkonie...



Było sobie czerwcowe przedpołudnie, pamiętam. Kai już dawno zwabił mnie propozycją wspólnego śniadania na jego balkonie. Mieszkał wtedy w Leipzig Schleußig, dawnej industrialnej części miasta, gdzie pięknie odrestaurowano stare fabryki. Miał balkon na ostatnim piętrze leciwego budynku. Dziś odbywa staż w Brukseli, ach – zuch chłopak, tęga głowa!


Holenderkę postawiłam pod przydrożnym szyldem, w plecaku miałam ciastka i truskawki. I polską czekoladę dla Kaia! Słońce grzało jak szalone. Zadzwoniłam domofonem.


- Olga! – usłyszałam nagle z góry.
Podniosłam oczy, zobaczyłam kolegę wyglądającego z okna.
- Domofon nie działa! Rzucę Ci klucz do drzwi, dobrze? Puszczę go w skarpetce, żeby nic się nie stało. Ale nie martw się, jest świeżo uprana! – rozbawił mnie.
- Dawaj! – krzyknęłam i zaraz męska skarpetka znalazła się w moich rękach.


Otworzył mi drzwi. Mieszkanie – niemieckie WG (wspólnota mieszkaniowa, parę studentów wynajmuje razem lokum, każdy ma jeden pokój, dzielą kuchnię i łazienkę), tu i tam naukowy bałagan, tu i tam zapach nowego pomieszczenia. Uwielbiam być w gościach!
- Cześć – otulił mnie ramieniem, jak to się czyni niemieckim zwyczajem.
- Cześć! Co słychać? Tyle się nie widzieliśmy, ale się cieszę, że Cię widzę! – rzekłam.
- Dzięki, u mnie dobrze. Tak, kupa czasu minęła! Wiesz, piszę tę moją magisterkę, cięto bardzo pracochłonne.  Świetnie, że udało nam się zgrać. Myślałem, że wyjedziesz do Polski i nie spotkamy się już w Leipzig. Że dopiero kiedyś w Warszawie – zaśmiał się – Wchodź.


Pokazał mi pokoje współlokatorek, a potem w kuchni przygotowaliśmy nasz brunch. Owoce, ciastka, bułki, sok, drobnostki – idziemy na balkon… Ach!
Maleńki tarasik bardzo mnie urzekł. Wychodził na jedną z fabryk, z jasnej cegły, odnowioną i imponującą z perspektywy piętra. Obstawiony był roślinkami w doniczkach, wystawiony prosto na igraszki palącego słońca.
- Uwielbiam tu siedzieć – rzekł Kai – Malowniczo, prawda?
- Ależ tu wspaniale!
- Siadaj, zabieramy się do jedzenia! Jeszcze nie jadłem śniadania!


Kaia znam z jednego z seminariów, chodziliśmy na zajęcia do Prof. Steinmetza na temat nowych mediów. Pierwszego dnia wpadł mi w oko, zwyczajnie mi się spodobał. Z oczu i twarzy - i może dlatego nigdy nie odważyłam się do niego odezwać. Przez cały semestr dochodziłam, jak chłopak może mieć na imię. Lustrowałam seminaryjną listę obecności. Gdzie on się podpisuje? Pod którym nazwiskiem? Niestety, nie doszłam.
Dopiero po zakończeniu cyklu ćwiczeń, ostatniego dnia zajęć, gdy siedziałam na korytarzu, czekając na jakieś inne seminarium, nasze spojrzenia się spotkały. No i nie odwróciłam wzroku, a on się uśmiechnął i usiadł koło mnie.
- Cześć. Chodzimy razem na seminarium do Steinmetza, prawda?
I tak zaczęła się rozmowa. Zainteresował się, skąd pochodzę, jak mi tu mija czas, co studiuję, co mnie interesuje. Pytał jak inni wykładowcy i opowiadał o swoich przygodach. Dodał, że zauważył mnie już na początku, jak pilnie przeglądałam słownik polsko-niemiecki (bo bezczelnie siedziałam z nim na zajęciach – lepiej, kurczę, coś rozumieć, niż udawać, że się wie o co chodzi!). Tak się zgadaliśmy i potem znalazłam jego adres mailowy w uniwersyteckiej sieci. Napisałam maila i spotkaliśmy się na neutralnym gruncie, w kawiarni. Byłam zaskoczona, że potrafiłam przez półtorej godziny gadać z prawie obcym mi człowiekiem, że tematów nie brakowało. Pamiętam, że przyniosłam wtedy jedną ze swoich prac zaliczeniowych, pomagał mi przy wyjaśnianiu formalności, wymogach, jak pisać i cytować (w Niemczech wymogi te są trochę wyższe niż w Polsce, np. do każdej pracy zaliczeniowej jest spis treści). Urzekł mnie. Jego dziewczyna mieszka w Belgii, poznał ją na Erasmusie w Lionie. I tak ciągną Fernbeziehung, związek na odległość. Tłumaczył, że nie jest człowiekiem do związku, że jest trudny i pewnie dlatego taki układ się sprawdza. Był wobec mnie otwarty. Odwzajemniłam to.
Potem spotykaliśmy się w Leipzig od czasu do czasu – na kawie, w Mensie, na Uni.


- Wspaniała pogoda – rzekłam przeżuwając słodkie truskawki -  I jakie to wszystko pyszne!
Delektowaliśmy się chwilą.  Wymienialiśmy się poglądami, on wspominał swoją francuską wymianę akademicką, opowiadaliśmy wrażenia z naszych Erasmusów. Mój trwał…
- Olga, mogę Cię o coś zapytać? Co sądzisz o tym wypadku samolotu pod Smoleńskiem? – rzucił.
Kaiowi nie bałam powiedzieć się o moim niemieckim sercu, wiedział doskonale, że kocham ten kraj. Że mam dwie ojczyzny, żem rozdarta, a często przechylona w stronę germańską.
- Mam powiedzieć to, co powinnam jako Polka czy wolisz szczerą odpowiedź? – spytałam poważnie.
- Przecież wiesz…
- Nie lubiłam Kaczyńskiego, źle też mu jednak nie życzyłam. Ale uważam, że tylko tak historia może wyczyścić polityczne kadry Polski. Temu krajowi potrzebna jest przemiana i choć zginęło wielu znamienitych ludzi, uważam, że tkwi w tym szansa dla mojego kraju. Na zmianę, na coś lepszego.
- Olga… Dzięki za tę szczerość. To niesamowite, że tak mówisz. Oglądałem wiadomości, pokazywali rozpacz Polaków, płaczących na ulicach. A Ty o tym mówisz zupełnie inaczej…
- Ostrzegałam Cię, że moja opinia nie jest popularna… Wręcz… Ach, cicho. Zmieńmy temat!


Za to uwielbiam Kaia. Można pogadać z nim na każdy temat. Ponieważ zna ten mój sentyment do Niemiec, nigdy nie chciał bym je idealizowała, często przynosił mi artykuły w różny sposób przedstawiające negatywne aspekty życia w Niemczech. Raz wyrwał z Leipziger Volkszeitung artykuł o saksońskich nazistach i ich okrutnych czynach. Innym razem opowiadał mi o jakimś morderstwie. Albo nakreślał zaściankowe, pełne uprzedzeń życie w mieście, z którego pochodził.


- Zagramy? – przyniósł Rummy z pokoju i rozstawiliśmy się na balkonie.
- Pewnie!
Szczęście początkującego przyniosło mi wygraną. Zbliżało się późne popołudnie.
- Kai, będę lecieć, mówiłeś, że masz referat na jutro i jeszcze chcesz napisać parę stron magisterki. To co, zobaczymy się jeszcze, tak na krótko, zanim wyjadę?
- Pewnie! Tylko tak już pod koniec lipca, jak się obronię.
- Trzymaj się, dzięki za wspaniały dzień! – uściskałam kumpla i zeszłam na dół klatką schodową z maleńkimi witrażami w okienkach. 


Jak spotykaliśmy się po raz ostatni w Leipzig, umówiliśmy się na obiad, do Mensy. Kai miał niedawno urodziny, przyniosłam mu prezent. Urodzinowo-pożegnalny. Moją ukochaną książkę "Dziewczynka w czerwonym płaszczyku". Wzruszył się. A teraz... czekam na recenzję.