czwartek, 4 listopada 2010

Jeszcze niedawno u Kaia na balkonie...



Było sobie czerwcowe przedpołudnie, pamiętam. Kai już dawno zwabił mnie propozycją wspólnego śniadania na jego balkonie. Mieszkał wtedy w Leipzig Schleußig, dawnej industrialnej części miasta, gdzie pięknie odrestaurowano stare fabryki. Miał balkon na ostatnim piętrze leciwego budynku. Dziś odbywa staż w Brukseli, ach – zuch chłopak, tęga głowa!


Holenderkę postawiłam pod przydrożnym szyldem, w plecaku miałam ciastka i truskawki. I polską czekoladę dla Kaia! Słońce grzało jak szalone. Zadzwoniłam domofonem.


- Olga! – usłyszałam nagle z góry.
Podniosłam oczy, zobaczyłam kolegę wyglądającego z okna.
- Domofon nie działa! Rzucę Ci klucz do drzwi, dobrze? Puszczę go w skarpetce, żeby nic się nie stało. Ale nie martw się, jest świeżo uprana! – rozbawił mnie.
- Dawaj! – krzyknęłam i zaraz męska skarpetka znalazła się w moich rękach.


Otworzył mi drzwi. Mieszkanie – niemieckie WG (wspólnota mieszkaniowa, parę studentów wynajmuje razem lokum, każdy ma jeden pokój, dzielą kuchnię i łazienkę), tu i tam naukowy bałagan, tu i tam zapach nowego pomieszczenia. Uwielbiam być w gościach!
- Cześć – otulił mnie ramieniem, jak to się czyni niemieckim zwyczajem.
- Cześć! Co słychać? Tyle się nie widzieliśmy, ale się cieszę, że Cię widzę! – rzekłam.
- Dzięki, u mnie dobrze. Tak, kupa czasu minęła! Wiesz, piszę tę moją magisterkę, cięto bardzo pracochłonne.  Świetnie, że udało nam się zgrać. Myślałem, że wyjedziesz do Polski i nie spotkamy się już w Leipzig. Że dopiero kiedyś w Warszawie – zaśmiał się – Wchodź.


Pokazał mi pokoje współlokatorek, a potem w kuchni przygotowaliśmy nasz brunch. Owoce, ciastka, bułki, sok, drobnostki – idziemy na balkon… Ach!
Maleńki tarasik bardzo mnie urzekł. Wychodził na jedną z fabryk, z jasnej cegły, odnowioną i imponującą z perspektywy piętra. Obstawiony był roślinkami w doniczkach, wystawiony prosto na igraszki palącego słońca.
- Uwielbiam tu siedzieć – rzekł Kai – Malowniczo, prawda?
- Ależ tu wspaniale!
- Siadaj, zabieramy się do jedzenia! Jeszcze nie jadłem śniadania!


Kaia znam z jednego z seminariów, chodziliśmy na zajęcia do Prof. Steinmetza na temat nowych mediów. Pierwszego dnia wpadł mi w oko, zwyczajnie mi się spodobał. Z oczu i twarzy - i może dlatego nigdy nie odważyłam się do niego odezwać. Przez cały semestr dochodziłam, jak chłopak może mieć na imię. Lustrowałam seminaryjną listę obecności. Gdzie on się podpisuje? Pod którym nazwiskiem? Niestety, nie doszłam.
Dopiero po zakończeniu cyklu ćwiczeń, ostatniego dnia zajęć, gdy siedziałam na korytarzu, czekając na jakieś inne seminarium, nasze spojrzenia się spotkały. No i nie odwróciłam wzroku, a on się uśmiechnął i usiadł koło mnie.
- Cześć. Chodzimy razem na seminarium do Steinmetza, prawda?
I tak zaczęła się rozmowa. Zainteresował się, skąd pochodzę, jak mi tu mija czas, co studiuję, co mnie interesuje. Pytał jak inni wykładowcy i opowiadał o swoich przygodach. Dodał, że zauważył mnie już na początku, jak pilnie przeglądałam słownik polsko-niemiecki (bo bezczelnie siedziałam z nim na zajęciach – lepiej, kurczę, coś rozumieć, niż udawać, że się wie o co chodzi!). Tak się zgadaliśmy i potem znalazłam jego adres mailowy w uniwersyteckiej sieci. Napisałam maila i spotkaliśmy się na neutralnym gruncie, w kawiarni. Byłam zaskoczona, że potrafiłam przez półtorej godziny gadać z prawie obcym mi człowiekiem, że tematów nie brakowało. Pamiętam, że przyniosłam wtedy jedną ze swoich prac zaliczeniowych, pomagał mi przy wyjaśnianiu formalności, wymogach, jak pisać i cytować (w Niemczech wymogi te są trochę wyższe niż w Polsce, np. do każdej pracy zaliczeniowej jest spis treści). Urzekł mnie. Jego dziewczyna mieszka w Belgii, poznał ją na Erasmusie w Lionie. I tak ciągną Fernbeziehung, związek na odległość. Tłumaczył, że nie jest człowiekiem do związku, że jest trudny i pewnie dlatego taki układ się sprawdza. Był wobec mnie otwarty. Odwzajemniłam to.
Potem spotykaliśmy się w Leipzig od czasu do czasu – na kawie, w Mensie, na Uni.


- Wspaniała pogoda – rzekłam przeżuwając słodkie truskawki -  I jakie to wszystko pyszne!
Delektowaliśmy się chwilą.  Wymienialiśmy się poglądami, on wspominał swoją francuską wymianę akademicką, opowiadaliśmy wrażenia z naszych Erasmusów. Mój trwał…
- Olga, mogę Cię o coś zapytać? Co sądzisz o tym wypadku samolotu pod Smoleńskiem? – rzucił.
Kaiowi nie bałam powiedzieć się o moim niemieckim sercu, wiedział doskonale, że kocham ten kraj. Że mam dwie ojczyzny, żem rozdarta, a często przechylona w stronę germańską.
- Mam powiedzieć to, co powinnam jako Polka czy wolisz szczerą odpowiedź? – spytałam poważnie.
- Przecież wiesz…
- Nie lubiłam Kaczyńskiego, źle też mu jednak nie życzyłam. Ale uważam, że tylko tak historia może wyczyścić polityczne kadry Polski. Temu krajowi potrzebna jest przemiana i choć zginęło wielu znamienitych ludzi, uważam, że tkwi w tym szansa dla mojego kraju. Na zmianę, na coś lepszego.
- Olga… Dzięki za tę szczerość. To niesamowite, że tak mówisz. Oglądałem wiadomości, pokazywali rozpacz Polaków, płaczących na ulicach. A Ty o tym mówisz zupełnie inaczej…
- Ostrzegałam Cię, że moja opinia nie jest popularna… Wręcz… Ach, cicho. Zmieńmy temat!


Za to uwielbiam Kaia. Można pogadać z nim na każdy temat. Ponieważ zna ten mój sentyment do Niemiec, nigdy nie chciał bym je idealizowała, często przynosił mi artykuły w różny sposób przedstawiające negatywne aspekty życia w Niemczech. Raz wyrwał z Leipziger Volkszeitung artykuł o saksońskich nazistach i ich okrutnych czynach. Innym razem opowiadał mi o jakimś morderstwie. Albo nakreślał zaściankowe, pełne uprzedzeń życie w mieście, z którego pochodził.


- Zagramy? – przyniósł Rummy z pokoju i rozstawiliśmy się na balkonie.
- Pewnie!
Szczęście początkującego przyniosło mi wygraną. Zbliżało się późne popołudnie.
- Kai, będę lecieć, mówiłeś, że masz referat na jutro i jeszcze chcesz napisać parę stron magisterki. To co, zobaczymy się jeszcze, tak na krótko, zanim wyjadę?
- Pewnie! Tylko tak już pod koniec lipca, jak się obronię.
- Trzymaj się, dzięki za wspaniały dzień! – uściskałam kumpla i zeszłam na dół klatką schodową z maleńkimi witrażami w okienkach. 


Jak spotykaliśmy się po raz ostatni w Leipzig, umówiliśmy się na obiad, do Mensy. Kai miał niedawno urodziny, przyniosłam mu prezent. Urodzinowo-pożegnalny. Moją ukochaną książkę "Dziewczynka w czerwonym płaszczyku". Wzruszył się. A teraz... czekam na recenzję. 

0 komentarze:

Prześlij komentarz