Na peronie dogonił Olgę Rafał, kolega z podstawówki, wieki się nie widzieli. W trzeciej klasie byli nawet małżeństwem, strasznie go wtedy skrzyczała za nazbyt tandetny pierścionek z żółtym oczkiem z automatu. Tak, kobiety od najmłodszych lat są wymagające. Teraz w podmiejskiej SKM-ce gadali o życiu.
- Olga, wykorzystałbym chętnie twoją znajomość języka niemieckiego. Co byś powiedziała na wyskoczenie na parę dni do Berlina?
-Hm… Czemu nie. Rozmawiałyśmy z koleżanką nad jakimś niemieckim miastem, jak się obronimy. Bo ona także pisze licencjat i magisterkę razem. Jak zasłużymy, to się odezwę.
Pociąg Berlin-Warszawa-Express mknął przez pola, łąki, Poznań i Rzepin, Frankfurt nad Odrą, by potem osiągnąć Berlin.
- Ojczyzna! – krzyknęła Olga w duszy i ucieszyła się na dworcu Berlin Hauptbahnhof. Za nią z pociągu z walizką wyszedł Rafał, pomagając Marzenie nieść torbę. No, pięć dni na stolicę Niemiec – czas start.
Przestronny pokój z piętrowym łóżkiem w hostelu w dzielnicy Schönberg miał tylko jeden minus. Ostatnie piętro i niezliczoną ilość schodów.
- Śpię na górze, mogę?! – krzyknęła Olga jak mała dziewczynka.
Zostawili bagaże i poszli w miasto.
Na dachu budynku powiewała niemiecka flaga, na fasadzie widniał napis: ludowi niemieckiemu. Piękna kopuła parlamentu zaopatrzona w taras widokowy zrobiła na nich wszystkich wrażenie.
- O, tabliczka z metrem! – rzekła Olga, widząc wejście w podziemia. – Mogę zabrać? Powieszę na ścianie w domu! – podekscytowała się.
Rafał cyknął zdjęcie.
- Ty to nie możesz mieć normalnych zdjęć, prawda? – skomentowała przyjaźnie Marzena.
Dotarli pod niewiarygodną Bramę Brandenburską.
- Wiecie z czym mi się ona kojarzy? Z dziennikarzem TVP, Marcinem Antosiewiczem, korespondentem w Berlinie. Ostatnio stał oblany słońcem pod bramą, opowiadając o niezliczonych plażowych barach nad Szprewą w tym mieście. Różowa koszula, zakasane rękawy, pełny luz!
- Ach, kojarzę – szepnęła Marzena.
Odwiedzili Humboldta, znaleźli się pod Katedrą Berlińską.
-Wow… Jaka wielka. Taka brudna – szepnął Rafał.
- Podobna do tej w Dreźnie, tamta jest jednak odnowiona i oczyszczona, z jasnego kamienia… Ale chyba jeszcze większa – dodała Olga.
Po pierwszej nocy na piętrowym łóżku, które przypomniało jej pobyt w Hamburgu (wtedy też spała na górze, było widać przepiękny port hanzeatycki) po obfitym hostelowym śniadaniu wyruszyli w miasto. Dziewczyny wtedy jeszcze nie przypuszczały, że Rafał to taki piechur i że… nigdy nie bolą go nogi. Respekt! Przystankiem pierwszym był Pomnik Ofiar Holocaustu, czyli masa betonowych bloczków wyższych i niższych, będących upamiętnieniem żydowskich ofiar. Kontrowersyjne jest, że po nich biegają i skaczą dzieciaki, siadają turyści i zatrzymują się z grupami przewodnicy. Podobno samo powstanie pomnika poprzedzone było niemałymi wątpliwościami…
Jednym z ciekawszych przystanków było DDR-Museum, czyli muzeum NRD. To tutaj Marzena siadła za kierownicą trabanta, Rafał założył hełm niemiecki, a Olga rozłożyła się na więziennej pryczy.
- Olga, patrz jaki pokój z NRD! – śmiał się Rafał. – Niemcy przychodzą tu, oglądają to pomieszczenie z czasów socjalistycznych i uważają to za zabytek i przeżytek, a u nas jeszcze wiele mieszkań tak wygląda – skomentował, gdy usiedli z Olgą na wyleniałej kanapie, a ona podniosła staromodny telefon do ucha, w którym leciał głos jakiegoś Hansa.
- Zrobić państwu razem zdjęcie? – zapytała po niemiecku jakaś miła pani.
- A, tak, poprosimy.
Pstryk!
Po muzeum pobiegli pod wieżę telewizyjną (Fernsehturm), w końcu to niedaleko. Kolejka wiła się przed wejściem, ale stali wytrwale. Kupili bilety, mieli jakieś 1,5 godziny czasu, bo tyle trzeba było czekać na swoją kolej. Mieli dostać dokładną godzinę wejścia SMS-em.
- Idziemy coś zjeść? – rzucił ktoś z trójki.
- Pewnie!
Minęła trochę czasu, zanim znaleźli knajpkę. Pizzeria Romantica niedaleko galerii Kaufhof wydawała się odpowiednia. Wybrali coś z karty, a chwilę po złożeniu zamówienia… przyszedł SMS, że wejście za 30 minut!
- O, kurka! I jak my teraz zdążymy? – martwiła się Marzena.
- Damy rady, umiem szybko jeść – odparł Rafał.
Przyszły ich dania, bezczelnie od razu poprosili rachunek.
Niam, gryz, dziam dziam, muszą iść. Szybko! Dojadając ostatni kęs, dosuwali krzesło. Rodzina z boku spoglądała się, jakby wybiegali bez zapłacenia rachunku, pochłonąwszy wszystko. Biedne dzieci z Polski ;) Biegli przez ulicę, raz dwa i byli pod wieżą. Udało się! Za chwilę widna sunęła do góry.
- O, wow… Ale widok! – zaparło im dech w piersiach.
Tu Szprewa, tam Brama, tu Kolumna Zwycięstwa.
- Patrzcie na trawnik! – wskazała Olga, pokazując na wycięte kosiarką w wielkim połciu trawy serce. – Niesamowite!
Na dole odetchnęli.
- Jej, trochę wysoka ta wieża… Coś tam buczy, harczy, trochę tak niespokojnie… - szepnął Rafał.
- To mam za to propozycję! Chodźmy na stateczek, przepłyniemy się! – krzyknęła radośnie marzenia. Pozostałej dwójce udzielił się jej entuzjazm i wylądowali za chwilkę na statku, na Szprewie.
- Ja wam nie mówiłem, ale mam chorobę morską… - szepnął Rafał.
- Co?!
- Ale tu chyba nie będzie bardzo bujać, to tylko miejska rzeka…
Ruszyli. Przewodnik w dwóch językach – niemieckim (dla Olgi) i angielskim (dla Marzeny i Rafała) opowiadała o mijanych zabytkach i ciekawostkach. Tu Domu Kultur Świata, tam widać dworzec, tu Wyspa Muzeów, a tam… pływająca po rzece reklama kasyna! Dziewczyny przyglądały się dwóm przystojniakom w eleganckich ubiorach za ruletką na małej barce. To jest dobry marketing!
Rafał lekko zielony, czasem fioletowawy, pod koniec zamglony, przetrwał dzielnie i porobił sporo zdjęć. Dzielny chłopak!
Po długich bojach z orientacją w liniach metra (ach, to Stadtoreintierung!) znaleźli połączenie do Eisenacher Straße. Przybili do hostelu, zmęczeni, zadwoleni, za chwilę wtuleni w poduszki. Ktoś chrapał?
Kolejny dzień zaczęli od wcielenia się w dzieci z Dworca ZOO. To miejsce, gdzie toczy się akcja powieści o Christiane Verze Felscherinow , byłej narkomance z Berlina Zachodniego, „My, dzieci z Dworca Zoo”. Wydarzenia miały miejsce w latach 1975-1977, podczas narastającej fali narkomanii wśród młodzieży w wieku ok. 13 lat w Berlinie Zachodnim, natomiast odwiedzony Dworzec Zoo to miejsce gdzie Christiane i wiele osób z jej otoczenia oczekiwało na "klientów". Prostytucja była dla tych młodych ludzi podstawowym sposobem zdobywania środków na codzienną dawkę narkotyku. Dworzec stanowił też miejsce spotkań i wymiany działek heroiny.
Zaraz przy dworcu znaleźli miejsce do innego Zoo – ogrodu zoologicznego.
Spacerem ruszyliśmy pod Siegessäule – Kolumnę Zwycięstwa w parku Tierpark. Złoty posąg połyskiwał już z daleka. Podziemnym przejściem przeszliśmy do znajdującego się na środku skrzyżowania monumentu, a po wąskich, krętych schodach wdrapaliśmy się na szczyt. Zadyszka i… jaki widok! Z jednej strony Brama Brandenburska, wieża telewizyjna, rzeka i dworzec główny… Ach. Gdy twardo stanęliśmy na parterze, Marzenie przypomniało się, że w pobliżu jest pałac belwederski, gdzie czasami urzęduje niemiecki prezydent, Christian Wulff. Reprezentacyjny budynek z białego kamienia połyskiwał w słońcu.
Po obiedzie trafiliśmy do salonu mercedesa, zupełnie przypadkiem – idąc za tłumem przechodniów na Unter den Linden. Czerwone cacko cieszyło nasz oczy. Skręciliśmy we Friedrichstraβe, jedną z najbardziej reprezentatywnych ulic miasta. Sklepy, restauracje, kawiarnie, siedziby firm. Zanim doszliśmy do słynnego Checkpoint Charlie, gdzie znajdowała się granica stref radzieckiej i amerykańskiej dawnego, zimnowojennego Berlina, przechodząc obok płotu, skręciliśmy w jego wejście, długo się nie wahając, środku wielkiego, głośnego miasta, znaleźliśmy się nagle na plaży pełnej leżaków, miękkiego i jasnego piasku, prowizorycznych pomostów i pełnego orzeźwiających napojów baru.
- Zajmujemy leżaki! – krzyknęła Olga, a Marzena wypatrzyła wolny stolik.
Trzymając w ręku zroszone butelki picia, delektowaliśmy się hawajską chwilą. Marzena przymknęła oko…
Checkpoint Charlie to przez lata trzeci, główny punkt kontrolny aliantów z lat 1961-1990. Przejście to oddzielało Kreuzberg (zachodnią część muru) od Mitte (wschodniej części muru). Teraz znajduje się tu muzeum, tzw. Haus am Checkpointcharlie, dokumentujące historię punktu kontrolnego, próby ucieczki i czas zimnej wojny. Na zewnątrz znajduje się replika strażnicy amerykańskiej (pani z flagą słono liczy sobie za zdjęcie!) oraz kopia tablicy, niegdyś tu stojącej, a obwieszczającej opuszczenie sektora USA. Olga i Marzena weszły do muzeum, gdzie przestudiowały historię ucieczek ze Wschodu. Czego ludzie nie wymyślali! Od przefrunięć na robionych samodzielnie maszynach, przez podróż w kajaku, nurkowanie, a nawet jeden mężczyzna przebudował tak samochód, że jego żona służyła za… przednio fotel w aucie. Były tam resztki asfaltu z namalowaną linią graniczną i prawdziwa tablica.
Wieczorem Olga zaproponowała otwarcie niesamowitego, konsereskiego wina Le Filou. Ten francuski przysmak odkryła jeszcze w Leipzig, nigdy potem nie znalazła w Polsce, pomimo pilnych poszukiwań. W ten wieczór śmieli się, oglądali już zrobione zdjęcia, przez okno wpadał zapach współczesnego Berlina.
Następnym porankiem udali się prosto do Gemäldegalerie, gdzie chcieli znaleźć Botticellego, Bruegla, Rembrandta i Rubensa, trochę niderlandzkiego malarstwa, a nawet Caravaggia i Rembrandta. Trasa zwiedzania, dwukilometrowa z 72-ma korytarzami i salami byłą dla całej trójki niezłym wyzwaniem. Olgę zafascynował obraz Bruegla pt. Niderlandzkie przysłowia, na którym w postaci scenek malarz zmieścił ponad 100 holenderskich powiedzeń. Wszystkie z nich wyjaśnione były na planszy obok. Rafał, zafascynowany Wenus Botticellego, wyszedł z galerii ostatni.
- To co, jedziemy do muru? Wypadałoby! – rzuciła Olga, bo resztki prawdziwego muru berlińskiego bardzo ją pociągały.
0 komentarze:
Prześlij komentarz